Login:

Has�o:

Rejestruj
Clubbing, muzyka klubowa
Imprezy Kluby DJ Galeria, Fotki Recenzje Forum muzyczne Katalog Stron

FeME&V kontra Astigmatic... relacja z...

Weekend 5/6/7 sierpnia przeszedł już do historii.

Zapisał się na jej kartach jako ten czas, w którym do naszego kraju zawitało mnóstwo wielkich, znaczących postaci, a wręcz ikon elektronicznej sceny.

Dwa wielkie wydarzenia jak Festiwal Muzyki Elektronicznej i Wizualizacji w Płocku oraz 3 Międzynarodowy Festiwal Muzyki Elektronicznej „Astigmatic” w Gdyni z pozoru miały być olbrzymią rewelacją, ale czy na pewno?

Wszystko byłoby dobrze gdyby nie nałożenie się terminów obu wydarzeń !

W związku z tym zmuszony byłem odwiedzić oba miejsca w jeden weekend, lecz na szczęście udało mi się to uczynić.

            Oto krótka relacja...

 

            Piątek spędziłem w Płocku oczekując wyśmienitej zabawy jak to było przed rokiem,  niestety nie dane mi było doświadczyć tego samego błogiego uczucia.

Z samego początku raziła organizacja, w związku z ułożeniem sceny, nagłośnieniem i oświetleniem, które okazało się być niewspółmierne z rangą wydarzenia.

Scena mniejsza niż przed rokiem, ułożona pod kątem, nieco drażniła mała ilość miejsca, jednak na tyle publiczności okazała się wystarczająca.

Oświetlenie było jednym słowem mało efektywne, gdyż bywało lepsze na mniejszych wydarzeniach. Tak jak i nagłośnienie nie wydawało się być odpowiednio dobrane.

Szereg głośników ustawionych tuż przed sceną i drugi taki sam na tyle sceny.

W ogóle nie dawały takiego efektu jak powinny, ponadto były najprawdopodobniej źle dostrojone, jako że w większości przypadków słychać było wzmożony baseline, czyli straszne buczenie, a nie to, co tak naprawdę powinno się z nich wydobywać. Kto zna dobrze produkcje poszczególnych artystów zauważył pewnie, że wiele elementów po prostu zanikło.

            Odnośnie już samych ludzi, ciężko mi się wypowiedzieć pochlebnie.

Skwituje to twierdzeniem, że Płocczanie nie zawiedli i stawili się tłumnie na festyn, czy jarmark, bo sam już nie wiem jak to potraktowali. Oczywiście nie można generalizować, bo nie wszyscy Płocczanie tacy są. Sporą grupę przypadkowej młodzieży stanowiła ekipa przybyszy, „spoza”, którzy najwyraźniej trafili nie na tę imprezę, co trzeba.

Mnóstwo ludzi nie na swoim miejscu, nieprzyjazne nastawienie i posądzanie o niestworzone rzeczy, to była ich domena.

Dla przykładu wystarczy wspomnieć jakież to wzniosłe hasła podnosili, okrzyki typu: „Jazda!”, „Jedziesz Didżej!”, tudzież „Więcej Czadu!”.

Apogeum swego chamstwa osiągnęli podczas feralnego występu Bangkok Impact, kiedy to z winy organizatorów zawiódł sprzęt i nastąpiła kilkunastominutowa przerwa, w live act'cie.

Wtedy to Sami i Kassen starając się wyjść z opresji zostali obrzuceni serią najwymyślniejszych wyzwisk ze strony 'przypadkowych' festiwalowiczów.

Stojąc wraz z nimi w tłumie było mi wstyd przyznać się, że jestem Polakiem, a cieszyła mnie tylko jedna myśl, że obaj artyści nie znają polskiego.

To wszystko już brzmi tragicznie, jednak było tego więcej.

Poza problemami ze sprzętem, pojawił się taki mały mankament w postaci płatnego baru dla artystów w namiocie vip. Na szczęście szybko ten problem rozwiązano wprowadzając kupony. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie trudności z wyegzekwowaniem ich i w związku z tym czegokolwiek do picia. Bo przecież artysta nie wielbłąd pić musi! Chyba ktoś o tym zapomniał..

Bardziej dotkliwy okazał się jednak brak przechowalni sprzętu, który zamiast pozostać na miejscu, musiał być wożony przez artystów tam i z powrotem. I w sumie wszystko byłoby w miarę załagodzone, gdyby ktoś pomyślał o zapewnieniu transportu. Jednak tak się nie stało i artyści musieli osobiście zamawiać taksówki, a następnie walczyć o bezpłatny przejazd dla siebie.

Mimo tych kilku niedociągnięć organizatorom przyznać należy profesjonalizm w związku z prowadzeniem Biura Informacyjnego. Współpraca między innymi z mediami ze strony InterArt'u jest jak najbardziej godna pochwały.

 

Co do samego piątkowego wieczoru i występów poszczególnych artystów można się odnieść już bardziej pochlebnie.

            I tak występ Astrobotnii wypadł nader dobrze, jednak nagłośnienie nastawione na metal'owe łupanie nieco zawiodło.

Zaraz po nim na scenie pokazał się Mambotour i muszę przyznać wspominam jego live dość miło, podobało mi się, a nawet kilkakrotnie mnie zaskoczył.

Natomiast pan Soulphiction nie przybył na czas, co zmusiło Legowelt'a do przyspieszonego rozłożenia się ze swoim sprzętem, a zaznaczyć trzeba, że trochę miał go.

Live Legowelt'a wypadł tak jak się spodziewałem, choć pewnie wielu liczyło na coś zupełnie innego. I wtedy właśnie musieli się poczuć nieco zawiedzieni, jako że Danny gra live act'y diametralnie inne niż wydawane przez siebie produkcje.

Jego domeną jest granie tych wszystkich rzeczy, które nie zostały dokończone, a przez to wydane. Choć ewidentnie słychać było naleciałości z takich projektów jak Macho Cat Garage, czy Squadra Blanco.

Tuż po nim w ramach Creme ShowCase wystąpił wspomniany już Bangkok Impact, któremu towarzyszył nieodzownie Kassen.

Początek live'u zapowiadał się wyśmienicie, dużo zabawy i improwizacji, a także bardzo denerwujące szczucie ludzi smacznymi samplami. Taka, oto jest domena Sami'ego: zagrać coś znanego tylko po to by narobić słuchaczom ochoty na tę perełkę, która w konsekwencji nigdy się nie pojawia, a zastąpiona zostaje innym, acz równie dobrym szlagierem.

Na jego nieszczęście niedociągnięcia ze sprzętem spowodowały awarię, o której pisałem już wcześniej. Tym jednak razem chciałbym wyrazić wielkie ubolewanie dla artysty pozostawionego sobie samemu na „polu bitwy”. Bo niestety, ale przez kilka minut w przerwie nikt z obsługi technicznej nie pofatygował się na scenę by pomóc im w opanowaniu sytuacji.

Na szczęście Kassen, jako wytrawny technik poradził sobie z problemem i już do końca live'u słychać było rzucane masowo w tłum perełki wychodzące spod szyldu Bangkok Impact.

Z tym natomiast wiąże się kolejna nieprzyjemna sytuacja, gdyż podczas wydawania z siebie bardzo emocjonalnych okrzyków można było zostać posądzonym o posiadanie, zażywanie, a nawet handlowanie niedozwolonymi środkami. No cóż.

            Niedługo później Bangkok'a na scenie zastąpiła, wielka oczekiwana przez wszystkich gwiazda festiwalu – Luke Vibert. Z tym, że gwiazdą to ja bym go nie nazwał!

Fani tej postaci mogą go wielbić za produkcje, Ci, którzy go nie znają mogą go dopiero za nie pokochać. Ja się... rozczarowałem.

Powodem tego zawodu było granie przez owego Pana setu z... laptopa.

Nie wiem, ale skoro jest tak poważaną osobą, to mógłby się wysilić i przywieźć ze sobą, chociaż kilka płyt. Skoro uważa, że publika w Polsce jest na tyle ograniczona, że zadowoli się setem z mptrójek to chyba nie traktuje ludzi poważnie.

Cóż, z drugiej strony okazał się być tylko zwykłym dj'em, który wplata w swój set wszystko to, co dobre, począwszy od disco cover'ów aż po minimale od Jeff'a Mills'a.

Jeszcze podczas jego setu na scenę wkroczyło dwóch Panów z górą sprzętu.

Byli to Mense Reents & Jimi Siebels, czyli projekt EgoExpress, który zaprezentował się jak potrafi najlepiej.

 

 

Pierwsza część setu obfitowała w znaczną ilość gitarowych, mocno podbitych brzmień jak to na Ego przystało. Końcowe dwadzieścia minut obfitowało już w smakołyki dla amatorów elektro, jednak najsmaczniejszy z kąsków pozostawili na koniec, mowa tu o „Kranz IV” z ich ostatniej ep. Przedłużony o kilka minut rozszarpał publiczność na strzępy.

 

 

Tak, to bardzo smaczna propozycja.

 

 

Osoby Antonelli Electr. nie dane było mi usłyszeć, jako że udałem się w tym czasie na miły spacer w stronę hotelu.

Jako ostatni na głównej scenie wystąpił Matthias Schaffhauser, który techniką zgrywania nie grzeszył. Raczej zależało mu na zabawie, robieniu show i machaniu łapkami niż na dobrym graniu. Muzycznie był całkiem przystępny, nieco monotonny, co doskonale komponowało się z warunkami fizycznymi o tej porze nocy. 

Zaraz po nim pod namiotem zaczął się AfterParty, a Ci, co byli przed rokiem wiedzą, że to najlepsza część festiwalu, najmilsza atmosfera i doborowe towarzystwo fanatycznych frików.

Patrzyłem na to wszystko z oddali siedząc na skarpie, widziałem jak pierwsze promyki słońca wyganiają tłumy ludzi z plaży. Jeszcze większe ekskursje podążyły w stronę miasta tuż po secie pana Matthias'a, kiedy to ludzie podzielili się na dwie grupy. Ta liczniejsza, zmierzała w stronę skarpy, a ta mniej liczna podążała w lewo pod namiot.

I tu wydaje mi się, że wszyscy ci, którzy wybrali opcje 2 nie zawiedli się.

O godzinie 5 rano za decki, jako pierwszy wszedł Pawel Blot.

Tan, kto liczył na miły after przy chill out'cie musiał się nieźle rozczarować.

Ten pan jako pewniak sypał samymi hitami haskiej sceny elektro, italo/disco, nu italo itp.

Grał półtorej godzinny set wraz z TLR'em, właścicielem wytwórni Creme Org. i znakomitym dj'em oscylującym w okolicach electro/italo/disco, potrafiącym genialnie łączyć ze sobą delikatne brzmienia disco z topornymi perełkami minimal electro wtórując to wszystko klasycznym haskim beat'em. W żadnym wypadku nie zawaha się wrzucić w to jeszcze dziwniejsze rzeczy jak eksperymentalne industriale rodem z przełomu lat 70/80'tych

Myślę, że ta półtorej godzinna dawka ciężkiego electro obudziła niejednego zaspanego festiwalowicza.

Niestety nie dane mi było wysłuchać całości setu, a co za tym idzie całej reszty after'owych postaci, gdyż zmuszony byłem gnać by popołudniu dotrzeć w kolejne miejsce przeznaczenia, jakim była Gdynia.

 

Gdynia jako miejscówka nie zachwyca, a wręcz nieco przeraża, gdyż odległości między sceną główną, sceną after'ową na plaży i planką Redłowską jest stanowczo za duża.

Niestety, ale również pogoda nie dopisała, co spowodowało, że ominąłem kilka liczących się postaci.

Po wysłuchania końcówki konkursu A Tunes udałem się na odpoczynek i powróciłem dopiero na Lo Soul, który jak zawsze nie zawiódł. Set rewelacyjny i atmosfera również.

To trzeba przyznać Astigmatic, klimat na imprezie był przebajeczny; zero przypadkowych ludzi, zero koksów i 'wixiarzy', sami 'klimaciarze', choć faktycznie tylko garstka ludzi w porównaniu do tłumów w Płocku.

W wyniku pewnych obsunięć i problemów nie wystąpili The Glimmers, miały także miejsce liczne roszady w czasie i przestrzeni. W końcowym rozrachunku wystąpiła Mutsumi Kanamori, czyli jakże rewelacyjny projekt „Mu”, której się tam w ogólne nie spodziewałem.

 

 

Występ tej Japońskiej gwiazdy powalił wszystkich na kolana, ludzie stali w miejscu i oglądali ten fenomenalny show, jaki robiła na scenie.

 

 

Nie dość, że wyglądała drapieżnie to jej głos przenikał do głębi, a wszystko wtórowane było ciężką, minimalną i toporną elektroniką zakrawającą czasem na dźwięki rodem z eksperymentów Coil czy Front242. Coś wspaniałego.

 

 

Od razu rzucił mi się na myśl zeszłoroczny występ Sir Alice (swoją drogą z tej samej wytworni - Tigersushi), który uważałem za coś ekstrawaganckiego, jednak w tym roku Alice musiała oddać prym koleżance Mutsumi.

 

 

Nawiązując do Tigersushi Records wspomnieć warto o grupie Pony Hoax, która wystąpiła na tym festiwalu w piątek. Można by rzec, że ludzie z Tigersushi to wypisz wymaluj festiwalowe zwierzęta. Niestety nie widziałem ich występu, jednak słyszałem o nim wiele dobrego od całej masy różnorakich ludzi. Po prostu „friki elektriki” można by o nich powiedzieć, bo jak nazwać kilku mężczyzn grających na gitarach, bębnach i bawiących się synth'ami, a to wszystko podkolorowywał chodzący w kółko wokalista, który tak naprawdę śpiewać nie umiał. Coś niesamowitego.

 

 

Ktoś przyrównał ich do The Rapture, tylko że bardziej elektronicznych. 

 

 

            Wracając do sobotniej nocy, tuż po występie Pani z Mu, a raczej jeszcze podczas jego trwania na scenę wkroczyli organizatorzy festiwalu „Astigmatic” oraz jury którego zadaniem było wyłonić finalistę konkursu A Tunes.

 

 

Około godziny 12:30 świat poznał tego szczęśliwca, a raczej szczęśliwców, gdyż postanowiono wyróżnić trójkę finalistów, zostali nimi: Wojtek Urbański, Wiracki oraz Maximilian Skiba.

 

 

Zaraz po ogłoszeniu wyników na scenę wyszedł DJ Naughty, szczerze wątpiłem w jego możliwości, a jednak pozytywnie mnie rozczarował.

 

 

Wokalista mu towarzyszący okazał się fenomenalną postacią, jakże adekwatną na tym festiwalu.

 

 

Jego bezpruderyjny występ połączony z bezpardonowym zachowanie na scenie okazał się być wielką, sceniczną petardą. Z początku obawiałem się reakcji publiczności na jego sposób bycia, jednak szybko przekonałem się, że tym wszystkim fanatykom chodzi jedynie o muzykę i klimat, a nie kim jest i jak się zachowuje dana postać.

 

 

Podczas jego występu na scenie tłum szalał jak nigdy.

 

 

Grupa Who Made Who natomiast wykazała się nie lada inwencją podczas swojego występu. Mocne gitarowe brzmienia plus akustyka perkusji współgrały ze sobą doskonale.

 

 

Do tego ich show w przebraniu kościotrupów wymagał nieco tolerancji ze strony widzów i słuchaczy. Dlaczego tolerancją, otóż zagranie utworu „Satisfaction”, Benny Benassi'ego w wersji gitarowej wymagało od wszystkich nastawienia się na totalną parodię tej produkcji.

 

 

Gdzieś tej samej nocy, już niestety nie pamiętam, kiedy dokładnie grał jakże cudowny pan Tiefschwarz, który sypał typowymi dla siebie plastikowymi clash'ami bez wyrazu, bez smaku i gustu. Piszę w ten sposób, gdyż był to najbardziej klabowy występ miesiąca. Zapewne ktoś może się poczuć urażony, jednak dla mnie była to postać nieodpowiednia na taki festiwal, dlatego nie będę mu poświęcał więcej miejsca.

 

 

 

 

 

Reszty postaci już nie słyszałem, gdyż warunki pogodowe dały mi rade.

 

 

Jak przez mgłę pamiętam tylko końcówkę Egyptian Lover, grających przed Lo Soul. Cóż o nich można powiedzieć, chyba tylko tyle, że przywieźli ze sobą klasyczny klimat amerykańskiego electro wymieszanego z rap'erskimi tekstami i samplami rodem z lat '80.

 

 

Do tej całej ekipy dołączyć należy kolejną postać z Playhouse'u, czyli Captain Comatose, grający live act z całej góry sprzętu; synth'ów, samplerów i efektorów. Całość wyszła całkiem przyjemnie, może to i z racji granego przez nich szlagiera „$100”. 

 

 

            Najbardziej chyba żałuję, że nie byłem na setach takich postaci jak GilbR, Spacid czy Romain B.N.O., a także Daniel Wang, którzy to sypali klasykami italo*disco jak magowie gwiazdkami z rękawa.

 

 

Tylko z opowieści będących tam ludzi wiem, że jest, czego żałować. Dlatego wielki respekt dla tych panów, że odważyli się grać takie szlagiery w tak nieprzystosowanym do tego miejscu.

 

 

 

 

 

W sobotnią noc, kiedy to bardzo wiało, musiałem opuścić Skwer Kościuszki i udać się na spoczynek oczekując niedzielnego after'ka w klubie „Ucho”.

 

 

Niestety, to była porażka na całej linii.

 

 

Nikt nie raczył nikogo powiadomić, że niedzielne występy zostały całkowicie odwołane, a after tak naprawdę będzie totalnie do niczego.

 

 

Udając się do klubu „Ucho” na godzinę trzynastą miałem nadzieję usłyszeć m.in. Munk i Clone ShowCase. Niestety zamiast tego dali Novikę i jakieś inne hip hop'owe przypadki. Całą scenerię podratował trochę duet Bunio & B.Weba, wtedy miałem jeszcze ciut nadziei, która jednak ulotniła się tuż po ich występie.

 

 

Był to bodajże ostatni występ na tegorocznym festiwalu, w sumie nie wiem czy coś dalej się działo, jako że zrezygnowany udałem się na miasto.

 

 

            To właśnie była największa porażka organizacyjna „Astigmatic”, odwołanie całego, ostatniego dnia!

 

 

Zahaczając już o organizację, muszę nadmienić, że chyba najgorszym pomysłem było zatrudnienie do kontaktów z ludźmi agencji Groove Control, gdyż wykazała się ona nie lada ignorancją i brakiem profesjonalizmu, w stosunkach ze wszystkimi ludźmi. Potwierdzić to mogą wszyscy, którzy mieli, choć małą styczność z niektórymi członkami tej agencji.

 

 

 

 

 

            W związku z zakończeniem tegorocznych edycji obu festiwali, mamy wszyscy ogromną nadzieję, że jakiekolwiek problemy, które wyniknęły podczas ich organizacji nie wpłyną negatywnie na chęć organizacji któregoś z tych przedsięwzięć w przyszłym roku.

 

 

Najgorszym chyba scenariuszem dla nas, festiwalowiczów byłaby sytuacja, kiedy to w przyszłym roku, żadna agencja i żadne miasto nie podejmie się organizacji wspaniałego wydarzenia, jakim jest Festiwal Muzyki Elektronicznej.

      Z naszej strony kierujemy apel o dołożenie wszelkich starań do organizacji następnych edycji i życzymy tak organizatorom jak i artystom samych sukcesów.

Paweł




Chcę otrzymywać informacje imprezowe mailem:

Newsy




12-12-2009, sobota - John B on D'n'B Legends
Zanzibar, Chorzów

18-09-2009, piątek - Wake up BB
Piwnica Zamkowa, Bielsko Biała

21-08-2009, piątek - Otwarcie Klubu Nieformalnie
Nieformalnie, Jaworzno

26-06-2009, piątek - Sizeer Party - adidas Vespa
Electric Cafe, Jaworzno

22-05-2009, piątek - Przeplataniec – urodziny Electric Cafe / dzień I
Electric Cafe, Jaworzno


Katalog stron SeansWeb
e-Katalog stron wwwVictoria Day Spa GliwiceMarta Wiola Makijażystka Katowice

O nas - FAQ - Polityka prywatności - Mapa strony
© Copyright by Clubbing.Slask.pl 2005. Wszelkie prawa zastrzeżone.

_LINK_