Login:

Has�o:

Rejestruj
Clubbing, muzyka klubowa
Imprezy Kluby DJ Galeria, Fotki Recenzje Forum muzyczne Katalog Stron

CMŻ – historia końca muzyki.

Dnia 27 sierpnia bieżącego roku w klubie ElektroPopKlub w Bytomskim Muzeum Górnośląskim miało miejsce niesamowite wydarzenie.

Do tego właśnie miejsca zawitał performance Marioli Brillowskiej i Felixa Kubin'a, czyli ''Performe Live In A Cage''.

 

Sam pomysł jeszcze na długo przed wydarzeniem sprawiał wrażenie niezwykłego, tak jak niezwykli są jego autorzy i z perspektywy czasu wydaje się, że nie był to błąd.

Ale przejdźmy do sedna.

Sobotni wieczór w Bytomiu zapowiadał się iście nonszalancko, a to z powodu tego Felixa Kubin'a i Marioli Brillowskiej, których wyczekiwali amatorzy awangardowych brzmień i protagońskich animacji.

Atmosfera w klubie zdawała się być zwyczajna, jednakże czuć było pewną nutę ciekawości i obawy zarazem. Większość ludzi utrzymana w klimacie ''antymasowym'' zwiastowała przyjemną atmosferę i tak w rzeczywistości było. Ludzie nie zawiedli, pomijając kilka przypadków, których nie da się wyzbyć z życia codziennego.

 

Ten wieczór, ta impreza wydawała mi się strasznie ciekawa, nie tylko z powodu 'nazwisk', lecz z powodu miejsca, jakim jest ElektroPopKlub o ile w ogóle można nazwać to miejscem. Raczej adekwatniejsze byłoby stwierdzenie .

Od wczesny godzin wieczornych, czyli od otwarcia klubu przygrywał 'do kotleta' pan Mafia Mike. I tu pojawiło się pytanie, dlaczego taki support? Dlaczego właśnie duet Mafia Mike & Dominique? Nie będę się rozpisywał na ten temat, gdyż w chwile po przybyciu Pani Dominique wyszedłem na zewnątrz.

            Do środka powróciłem zwabiony przejmującą ciszą taką, która zapowiada nadejście burzy. W sumie dużo się nie pomyliłem, gdyż tę burzę przywieźli ze sobą Felix i Mariola.

W okolicach godziny dziesiątej ich performance rozpoczął się deklamowanym tekstem wyświetlanym jednocześnie w chmurkach wydobywających się ze ust szkieletu, raz po raz odziewającego i rozdziewającego się z ludzkiej tkanki.

Zaraz po tym osobliwym intro, hamburski duet zapowiedział na dziś wieczór ''Koniec Historii Muzyki'', a zaraz po tym usłyszeć można było wypowiadany, z wielkim zaangażowanie i wczuciem, przez oboje ciąg trzech słów: ''Ciało, Miasto, Życie''.

Może wydawać się to komuś abstrakcyjne, ale zapewniam, że tak miało właśnie być. Tym samym może nieświadomie, a może zamierzenie artyści odnieśli się do podstawowej, w dekadenckiej epoce polskiego dwudziestolecia międzywojennego, zasady ''3M''.

''Miasto, Masa, Maszyna'' były odzwierciedleniem szarego życia człowieczego tak, więc z powodzeniem u Brillowskiej 'Maszynę' zastąpić może 'Ciało', a 'Masę' 'Życie', co miało sprawiać wrażenie uczłowieczenia przedmiotów, lub zrównanie człowieka do poziomu rzeczy.

            Wracając jednak do imprezy muszę zaznaczyć, że całości wtórował jak zawsze genialny Kubin wraz ze swoimi potarganymi dźwiękami. Jego neodadaistyczne elektro idealnie wpasowywało się w całość spektaklu, dopełniając paranoidalne wrażenie wywoływane przez schizujące animacje i nadrealistyczny tekst. Swoją drogą był to pierwszy, ale nie ostatni taki wybryk Pani Brillowskiej. Otóż już chwilę później zaczęła opowiadać ''historię swojego kolana''. Była tam między innymi mała anegdotka o łysym panie pozwólcie, że tu zacytuje:

''Był sobie kiedyś Pan, który stracił włosy, powiedziałam mu spójrz się na własne kolano, a on położył rękę na moim udzie, ja mówię zostaw rękę na kolanie, a on mówi ja jadę dalej, a ja mówię zostaw rękę na kolanie''.

 

 

Zwróciłem na nią szczególnie uwagę gdyż poza swoją abstrakcyjnością jest dość humorystyczna i prawdziwa. Ponadto odwracała wciąż uwagę od tego, co robił Kubin, który z sobie tylko znaną pasją bawił się maszynkami generując masę industrialnych dźwięków.

            Po tej części spektaklu zaserwowano wszystkim zgromadzonym nieco psychiczną animację autorstwa Marioli z rozpoznawalnym starym motywem muzycznym w tle.

Obraz ten oscylował wokół tematu ludzkiego ciała, najprawdopodobniej był częścią performnce'u ''Polskie Szpitale''. Całość okraszona została deklamowanym surrealnym tekstem i tu widzowie musieli się wykazać ogromnym zrozumieniem raczej formy niż treści.

            Tuż po animacji, para hamburczyków ze swojej klatki zaatakowała ludzi ''muzyką idiotów''. Poprzebierani za kosmitów artyści, szaleli przed kamerą zainstalowaną w jej wnętrzu, a Kubin nie przestając broić na swoich maszynach tworzył live act całkiem obcy, nieprzyswajalny, ale rozpoznawalny i charakterystyczny zarazem. Takich dźwięków jak on nie emituje chyba nikt.

Jako że pierwsza część wydarzenia była perormance'm robionym pod Mariole nie mogło zabraknąć kolejnej, chorej animacji w przerwie show.

Wtedy to wyświetlono genialną historyjkę o relacjach damsko męskich. Otóż ukazano na niej nagą kobietę odziewającą się w piękną suknię balową. Lecz nagle wiatr podwiewa ją od dołu, co automatycznie nasuwało skojarzenie ze sławną sceną Merylin Monroe, symbolem sexu.

W tym właśnie momencie z jej kobiecości wydobywa się płomień, który spala ją całą, a szkielet rozsypuje się w proch. Wtem na ekranie pojawia się roznegliżowany mężczyzna i widząc, co stało się z jego ''pluszową zabaweczką'' zwala się na ziemię twarzą w jej prochy.

Wymowna scena ukazuje jak przez mężczyzn traktowana jest kobieta i jak bez niej są w stanie dalej żyć. Jednakowoż soundtrack stanowiło wyśmienite electro miejscami zakrawające na ebm.

Dalsza część animacji ukazywała kobietę, której brzuchem jest glob a z niego wypływają masowo łódeczki z ludźmi. Nie to jednak jest najbardziej zatrważające, lecz obnażenie kobiety jako takiej. Scena z kurtyną i mała dziewczynka pociągająca za sznurek, odsłania nagą kobietę wypinającą się w sposób bardzo ostentacyjny.

Do tego dorzucono króciutką scenkę z taśmowego porodu 1000nego noworodka.

Jednoznaczne odczłowieczenie człowieka.

            Po tej lekko szokującej animacji, chyba już nic nikogo nie mogło zaskoczyć, a jednak. W chwilę później oczom tam zgromadzonym ukazał się Felix w obcisłych, różowych bokserkach i kabaretkach oraz Mariola w mundurze brytyjskiego policjanta.

Nie wiem do końca, co mieli na myśli, jednak wydawałoby się, iż próbują ludziom uświadomić brak, jako takich, różnic między płciami. Zrównanie płci, było chyba jednym z tematów tegoż wydarzenia.

W chwilę później Kubin ukazał swoje wariacje na temat noise, po czym momentalnie przeskoczył do jakże delikatnych casio'watych melodyjek. W ich rytm Mariola próbowała uczyć języka polskiego wmawiając wszystkim, że ''w Azji jest taki kraj, gdzie jest wszystko naj... lepsze, większe, szybsze, słabsze, słodsze, młodsze, śliższe, świeższe, droższe, wyższe, lżejsze i smaczniejsze''. A do realizacji swego celu wybrała chyba najlepszą metodę skupiania czyjejś uwagi, mianowicie striptiz przed kamerą.

Zdjąwszy z siebie mundur policjanta ukazała wszystkim swą różową bieliznę i czarne kabaretki upodabniając się tym samym do swego męża, Felixa.

 

W chwilę później Kubin wypowiedział słowa: ''Nie, nie zaraz dostaniesz Mniam Mniam.... Disco Detroit!'' zwiastujące rewelacyjny track, jaki miał za chwilę zabrzmieć.

I tak też się stało, ''Disco Detroit'', choć mi nie znany zawładnął moim sercem. Okazał się być doskonałym szlagierem, strasznie potarganym, dadaistycznym, ciężkim, niezrozumiałym acz tanecznym, a wręcz porywającym, co udowodniła liczna grupa imprezowiczów tam szalejąca.

Po tym utworze Kubin otrzymał gromkie i naprawdę szczere oklaski.

Ten właśnie track, jak się później okazało, zapowiadał druga część występu prowadzonego już pod dyktando Felixa Kubin'a.

W chwilę później Kubin pojawił się w różowej sutannie księdza, rodem wyciągniętego z czasów inkwizycji, natomiast Mariola odziała się w lateksową suknię i dwie armaty wodne.

Tak dokładnie, dwie wodne armaty, którymi zaatakowała od tyłu zgromadzony w klubie tłum.

Ja sam czując na swoim karku wodę, byłem pewien, że ktoś oblał mnie piwem, jednak nic bardziej mylnego, to Mariola biegała wśród ludzi z wodną bronią. Z początku ludzie odruchowo zaczęli uciekać, jednak atmosfera wydawała się być na tyle infantylna, że wrócili z powrotem nie szczędząc jej pola do popisu.

W tym czasie Felix grał bardzo dobry, wręcz rewelacyjny utwór, którego wcześniej nie znałem, być może jest to materiał z nowego albumu ''Atoma Exi Mono''.

Naprawdę dobry utwór, któremu smaczku dodała jeszcze oprawa wizualna, w postaci wyświetlonego obrazu Kubin, a na jego tle Mariola ze stertą talerzy w rękach.

Z tym wiąże się kolejna psychoza społeczna, ponieważ gdy tylko Mariola pokazała się na scenie z talerzami w dłoni wszyscy stojący w pewnej odległości przed nią nagle się rozsunęli. A przecież żaden zrównoważony człowiek nie rzuca talerzami w tłum! Owszem żaden zrównoważony, ale to była Mariola, po której spodziewać się można chyba wszystkiego.

Ludzie powrócili na swe miejsca dopiero w momencie, gdy ujrzeli, że zamiast nimi rzucać w publikę rozbija je na podłodze i... sobie na głowie.

 

Po tym wszystkim wydawać by się mogło, że lepiej być już nie może, i kolejny błąd, gdyż mimo wszystko najlepsze (moim zdaniem) było jeszcze przed nami.

Otóż spodziewałem się tego, lecz nie miałem żadnej pewności, że na tej sali zabrzmią słowa - Matki Wandalki.

            I stało się, nagle zawirowały w powietrzu zmasowane industrialne dźwięki podszyte konkretnym electro bassline'm. To były tytułowe ''Matki Wandalki'', utwór wcale nie powalający, lecz jakże cudowny. W tym jednym momencie 'powietrze' nagle stało się takie poszarpane, połamane i sklejone niedbale w jedną zachwycającą całość. Wtedy właśnie wśród ludzi po raz kolejny rozgorzała euforia.

Następny track nie pochodził z tego albumu, ale swoim kształtem, idealnie do niego pasował.

Zakrawający na dobry avantpop/experimental electro, czasem mocno przesterowany, co mnie osobiście bardzo się podoba, ludzi doprowadził do szału. Na parkiecie widać, słychać i czuć było ''Jarocin ’79'', postpunkowy klimat udzielił się sporej części zgromadzonych. Ja sam nie znając tej produkcji poddałem się jej emocjom.

Naprawdę tyle zszokowanych twarzy w jednym miejscu nie widziałem nigdy. 

            Moje emocje sięgnęły zenitu, a moje uczucia spłonęły w miejscu, gdy niespodziewanie do mych uszu dotarły wypowiedziane mimo chodem przez Kubin'a słowa ''Hit me, provider'' będące tytułem jednego z flagowych utworów Matek Wandalek.

''Hit me, provider'' to abstrakcyjna, pop... bzdura, która przerodziła statecznych, dorosłych ludzi w sceniczne zwierzęta. Zmasowany atak 'dostawcy' pozostawia w psychice odciśnięte piętno, wyzbywa ją z wszelkich uczuć i emocji.

(Więcej o tym poczytacie w artykule Kubin – awangardczyk z zamiłowania > http://www.clubbing.slask.pl/artykul46.html)

 

Przed ostatnia, można by rzec, scena podczas tej nocy była ukłonem w stronę zgromadzonych tam ludzi. Mariola wyszła ze swojej klatki i wmieszała się w tłum, pląsając między ludźmi bełkotała coś, do siebie w polsko-niemieckim narzeczu, a w chwilę później dołączył do niej Felix ubrany w srebrną burkę. Oboje hopsali między ludem chcąc jakby powiedzieć, jesteśmy tu, jesteśmy na wyciągnięcie ręki, nie izolujemy się od was.

Cała ta sytuacja wydała się mi bardzo miła i sympatyczna.

 

Na do widzenia Kubin zagrał kolejny ze swoich szlagierów, tym razem ''Phonobashing'' pochodzący ze starego, lecz fenomenalnego albumu ''Jet-Lag Disco''

 

Konkluzja po tym wydarzeniu rozbudowuje się z każdym mijającym dniem.

Tak oto niewiele ponad godzinne show okazało się rewelacyjnym tematem do wielogodzinnych dyskusji nad jego sensem oraz interpretacji.

Ze swojej strony powiedzieć mogę tyle, że po dziś dzień jestem pod wielkim wrażeniem tego performance'u, a przez dwa dni po wyzbyty byłem jakichkolwiek uczuć, odczuć i emocji. Nic mnie nie dziwiło, nie martwiło ani nie cieszyło, totalna emocjonalna pustka.

Z innej natomiast strony zauważyłem, iż zmusili człowieka do myślenia, nie pozwolili mu być obojętnym na to, co się wydarzyło.

Po każdej dobrej imprezie trwającej nawet 10 godzin przechodzę do porządku dziennego po trzech, może czterech godzinach, tu było/jest inaczej. Nadal o niej myślę i mam nadzieję to powtórzyć.

Inną sprawą jest interpretacja, gdyż jedni widzieli w tym interakcje między płciami, lub relacje małżeńskie, jeszcze inni doszukiwali się antykonsumpcjonizmu bądź uznali, iż człowiek to tylko kolejny tryb w kołach wielkiej życiowej maszyny.

Tak czy inaczej ta jedna godzina zmieniła mój i chyba nie tylko mój, pogląd nie tylko na sztukę, ale również nieco na życie.

            Natomiast chyba najważniejszym moim spostrzeżeniem było oddziaływanie zmysłowego i pozazmysłowe jakiego można było tam doznać. Otóż poza atakiem na receptory słuchu i wzroku, ludzie oblani zostali wodą, artyści między nimi się przemieszczali. I co najważniejsze, wprowadzili pewny syndrom psychozy, czego aspektem było uciekanie przed kobietą z talerzami i w pewnych momentach człowieka aż się bał czy zaraz któreś z nich nie wyskoczy w tłum i nie zacznie robić czegoś jeszcze.

Wprowadzili pewną dawkę obawy i psychozy, myślę że było to doskonałe miejsce dla socjologów czy psychologów, gdzie na żywo mogli zobaczyć autentyczne ludzkie reakcje.

 

Z tego też powodu polecam wybrać się na tego typu wydarzenie kiedykolwiek i gdziekolwiek.

Paweł




Chcę otrzymywać informacje imprezowe mailem:

Newsy




12-12-2009, sobota - John B on D'n'B Legends
Zanzibar, Chorzów

18-09-2009, piątek - Wake up BB
Piwnica Zamkowa, Bielsko Biała

21-08-2009, piątek - Otwarcie Klubu Nieformalnie
Nieformalnie, Jaworzno

26-06-2009, piątek - Sizeer Party - adidas Vespa
Electric Cafe, Jaworzno

22-05-2009, piątek - Przeplataniec – urodziny Electric Cafe / dzień I
Electric Cafe, Jaworzno


Katalog stron SeansWeb
e-Katalog stron wwwVictoria Day Spa GliwiceMarta Wiola Makijażystka Katowice

O nas - FAQ - Polityka prywatności - Mapa strony
© Copyright by Clubbing.Slask.pl 2005. Wszelkie prawa zastrzeżone.

_LINK_