Login:

Has�o:

Rejestruj
Clubbing, muzyka klubowa
Imprezy Kluby DJ Galeria, Fotki Recenzje Forum muzyczne Katalog Stron

Było OFF’owo

Było OFF’owo – tymi słowy można opisać dwa dni trwania OFF Festival.
Tym samym OFF’owy staje się przymiotnikiem określającym stricte tę jedną jedyną w swoim rodzaju imprezę na kulturalnej mapie Polski. I choć festiwali ci u nas dostatek i ten przyjmujemy na znak zwycięstwa, polskiej kultury a w szczególności Artura Rojka, który tylko i wyłącznie dzięki swojej determinacji zrealizował tak trudny i ambitny projekt, jakim jest OFF Festival. Za to wszystko należą się wielkie wyrazy szacunku!

Off first day
 
             Około godziny trzynastej w parku Słupna w Mysłowicach zaczęło się robić tłoczno, popołudniowe promyki słońca zwiastowały dobrą aurę tegorocznej i pierwszej zarazem edycji OFF Festival.
To, co na wstępie najbardziej uderzało po oczach, to ogromna ilość freak'ów, niezmiernie cieszących zarówno mnie jak i towarzyszących mi znajomych, których swoją drogą również można do nich zaliczyć...
Już 'na dzień dobry' wiadome było, że impreza będzie udana choćby, dlatego że tak przytłaczająca ilość dziwaków nie może wnieść złej atmosfery...
Festiwalowy klimat udzielił się wszystkim; każdy chodził jakby urwał się ze smyczy... brak jakiegokolwiek ograniczania; wszyscy żyli tak, jakby przed chwilą urodzili swoje prawdziwe 'ja'.
Niestety, jak na każdym masowym evencie, nie da się uniknąć buractwa, koksów i tego typu przypadkowych przybyszy. Niemniej cieszyło to, że owe postacie kompletnie nie mogły odnaleźć się w tej, nie swojej, rzeczywistości. Napinając się kroczyli między ludźmi, którzy zwyczajnie nie zwracali na nich uwagi, mijając jak cień, traktując jak powietrze. To było budujące.


             Pierwszy występ, jaki dane nam było usłyszeć był projektu Oszibarack.
Kompletnie nie znałem ich twórczości, jednak przekonało mnie do nich przyjemne brzmienie, abstrakcyjne vocale i naprawdę doskonałe wykorzystanie starego sowieckiego instrumentu analogowego, którego nazwy nawet nie znam. Ponadto ogólna stylistyka utrzymana w rejonach IDM jest bliższa mym zainteresowaniom muzycznym, co sprawiło, że niezwykle miło słuchało się ich live. Godna zauważenia jest ich debiutancka płyta „Moshi Moshi”.
Zaraz po nich na dużej scenie grali chłopcy z łąki, czyli nie kto inny jak Łąki Łan.
Otóż Łąki Łan, to ta forma ekspresji łącząca w sobie szczyptę infantylności z profesjonalną aranżacją, brzmieniowo - gitar z elektroniką oraz performance’u z kapelowym graniem.
Generalnie rzecz biorąc chłopaki zmienili nieco formułę grania od ostatniego razu, kiedy dane mi było ich usłyszeć. Odstąpili nieco od elektro-pop’owych brzmień na rzecz trochę starszego grania z końca lat 70’tych, co dało swój wyraz w niezwykle przyjemnych funkowych aranżacjach. Gitarowe riffy od razu nasuwały na myśl mistrzów disco.
Ogólnie rzecz biorąc idąc za modą czerpali z tego, co najlepsze w muzyce rozrywkowej, dzięki czemu stworzyli dość przyjemny repertuar i o ile nie są to covery śmiało można im pogratulować animuszu.
Kolejne grupy tego dnia, jak Kanał Audytywny, Silver Rocket, Hurt, Cracow Klezmer Band oraz The Car is On Fire nie dane mi było usłyszeć, ze względów czysto technicznych.
Niemniej występu Marii Peszek nie mogłem opuścić i stawiłem się obowiązkowo. Swój koncert rozpoczęła sound check’iem wibrując głosem barwne głoski, co zapowiadało niezwykle przyjemnie chwile, jakie miały rychło nastać.
Wszyscy zgromadzeni, a trzeba przyznać, że było ich sporo, wyczekiwali na wirtuozie głosu i poetyki w jej wykonaniu - i nie zawiedli się, występ wypadł fenomenalnie.
Słuchając jej flagowego utworu „Moje Miasto” od razu na myśl przyszły mi wspomnienia z wizyt u zaprzyjaźnionego fryzjera, który praktycznie za każdym razem odsłuchiwał całego jej repertuaru ucząc mnie, co to znaczy Polska Alternatywa. Dziś jestem mu podwójnie wdzięczny, gdyż możliwe, że bez jego nauk nigdy nie przekonałbym się jak piękny głos posiada Maria Peszek, a sam koncert nie sprawiłby mi tak wielkiej przyjemności.
Żałowałem tylko, że mój przyjaciel nie mógł posłuchać jej ze mną... to była jedyna smutna chwila tego dnia.
Wracając do występu, szczególnie w pamięć zapadł mi utwór „Ćmy” z bardzo dobrym dub’owym podkładem, który mimo odległych rejonów muzycznych niezwykle wkomponował się w atmosferę festiwalu.
O Marii Peszek można by pisać bez końca, dlatego ograniczę się do kilku uwag, co do bezprecedensowej twórczości owej Pani, która w poetycki sposób potrafi wyrazić wszystko to, co drzemie w nas, ale przede wszystkim drzemie w Niej samej. Tym, co szczególnie urzeka mnie w poetyce, jej lirycznych tekstów, jest błyskotliwość łączenia ze sobą ciepłych, pełnych emocji strof z czystym, niewybrednym trywializmem, który w jej ustach brzmi, o ironio, bardzo słodko. Wszystko to słychać w utworach „Pieprze Cię Miasto”, czy w utworze, w którym Maria z charakterystyczną sobie gracją śpiewa – „Kurwa Mać”.
Poza tym można było usłyszeć kilka innych utworów z płyty „Miasto Mania”, jak na przykład „SMS”, „Mam Kota” czy „Nie Mam Czasu Na Seks”. I choć nie ‘siedzę’ w alternatywie, muszę pochylić czoła przed jej twórczością.
      Po występie Marii praktycznie wszyscy, jak jeden, wyruszyli w stronę małej sceny, gdzie swój występ rozpoczynała islandzka grupa Bang Gang.
Początkowo słuchając ich z ‘beer stage’ nie zwróciłem uwagi na wysoki poziom ich twórczości, szczególnie, że w dość dużym stopniu mieszają oni elektronikę z żywą instrumentalistyką.
Niezwykle żywiołowi goście popijając piwo na scenie, zachęcali ludzi do konwersacji... nawet po polsku! Tu ukłon w stronę lidera grupy.
Chyba największym zaskoczeniem dla wszystkich był utwór Kylie Minogue w nowej, rockowej aranżacji... tym samym grupa Bang Gang wpisuje się w taneczny nurt rock’a, co podkreślają również opinie na temat materiału z ich przyszłego krążka.
Chyba najbardziej, a może nawet bardziej niż najbardziej, wyczekiwani byli chłopcy ze Ścianki, Myslovitz i Negatywu tworzący legendarną już grupę Lenny Valentino.
Artur Rojek ze swoim projektem wystąpił po raz pierwszy od pięciu lat, czym niezwykle uszczęśliwił rzesze oddanych fanów. Ja sam niewiele miałem z nimi do czynienia, a muzycznie wydawałem się być daleko od ich rejonów podświadomości... i ku mojemu wielkiemu i jakże pozytywnemu zaskoczeniu oba niby skrajne rejony znalazły wspólne pasmo z pogranicza ambientowego krautrock’a, szarpanych strun i mrocznych chordów Fender Rhodes’a.
Niezwykle przejmująca opowieść wyrażona w każdym tonie, nucie czy słowie płyty „Uwaga, jedzie tramwaj” idealnie wkomponowała się w zarys festiwalowej atmosfery.
Ciemną nocą, przy lekkich powiewach wiatru, w przestrzeni rozchodziły się emocje, które Artur podsycał każdą strofą.
Dla miłośników elektronicznych brzmień płyta winna być pewnym novum, gdyż nie stroni od ambientu uchwyconego w rockowe skrzydła, stąd niektórzy mogą być nią zachwyceni, inni natomiast rozczarowani.
Ja wciąż pozostaje pod wielkim wrażeniem występu, a tym samym ich płytą, która ukazała się już dobre pół dekady temu, a ja jej nie znałem... nie wiem czy to dobrze czy źle... wiem jednak, że dzięki temu, mogłem się nią naprawdę zachwycić... cieszyłem się, że to mój prawdziwy „pierwszy raz”, a nie kolejny udany, choć nieco przereklamowany sex.
Lenny Valentino, ku mojej (choć pewnie nie tylko) wielkiej uciesze zaczerpnął szerokimi garściami z repertuaru The Alan Persons Project, czym dali wyraz kończąc live ich utworem. Choć co wytrawniejsi melomani progresywnej sceny rockowej połowy 70’tych dostrzec mogli (ryzykowne słowo) ‘inspirację’ tą grupą już w tytułowym utworze.
I tu moje szczególne wyrazy uznania dla grupy i ich inspiratorów :)
 
            Rozmarzony i pełen uniesień udałem się w stronę second stage, by po raz pierwszy na żywo usłyszeć znaną wielu już grupę Skalpel.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że słyszałem o nich już dużo i to od osób całkowicie niezwiązanych ze sceną elektroniczną. Być może trafne będzie stwierdzenie: „Cudze chwalicie, swojego nie znacie”.
Niemniej podszedłem do ich live’u nieco sceptycznie, gdyż nie wierzę zbytnio w polską scenę elektroniczną.
Pierwsze kilka minut nie do końca przypadło mi do gustu, kojarząc mi się z dość abstrakcyjną stroną electro... być może jestem nazbyt konserwatywny. Nie ważne.
Z upływem czasu jednak muzyka, jaka wydobywała się z głośników stawała się coraz bardziej przyjemna, a to za sprawą swing’ujących trąbek, których chłopcy użyli podczas swego live’u. W pamięć zapadł mi utwór „1958”, i tu nazwa chyba nie przypadkowa, gdyż słychać w nim głębokie sięgnięcie do muzycznych korzeni.
Generalnie future jazz, jakim się zajmują jest udaną mieszanką tego, co dobre w starej jak i nowej muzyce. Podczas ich występu doszedłem do wniosku, że pewna część stworzonego przez nich materiału byłaby uznana za współczesny i naprawdę dobry jazz-funk, gdyby linia basowa miała bardziej akustycznie brzmienie.
Tak czy owak, byłem mile zaskoczony i naprawdę chciałem posłuchać ich do końca, ale niestety problemy z późniejszym transportem, a raczej z jego brakiem, zmusiły mnie do opuszczenia terenu off’owego festiwalu i udania się w stronę domu...
            Tak oto zakończył się (dla mnie) dzień pierwszy.
 
            O Banco De Gaia z wiadomych powodów nie napiszę nic, bowiem nie dane mi było go usłyszeć, czego niezmiernie żałuje gdyż, choć mizernie znałem twórczość artysty, miałem tego dnia niezwykłe łaknienie nowych brzmień, wcześniej mi nie znanych...
 
            Jedynym niemiłym akcentem pierwszego dnia festiwalu było chamskie zachowanie festynowych przypadków, którzy podczas występu Lenny Valentino, musieli wyrazić swoje homofobiczne uwagi pod adresem lidera grupy. Niestety kretynów u nas całe pola i Wiejska także.
 
           

            Uwielbiam być kobietą w te dni...”, czyli dobry początek drugiego dnia festiwalu.
 
              W sobotę do parku Słupna udało nam się przybyć dopiero przed godziną 17’stą, dlatego też nie słyszałem występu Johna Porter’a i jego Nieprzyzwoitego Zespołu.
Z opinii osób trzecich wiem, że wypadł dobrze, ale jak na swoje możliwości – za słabo.
No nic, kwestia gustu.
W momencie, gdy przybyłem na OFF grały Strachy na Lachy, i akurat ten koncert średnio mnie interesował, gdyż nie przepadam za ich repertuarem. Mimo wszystko przysiadłem na chwilę by wysłuchać to i owo. Kilka napotkanych osób wyraziło jednak opinię, że jak na ich możliwości, grają na „pół gwizdka”.
Pominąwszy resztę występu udałem się, na ‘beer stage’, a po wypiciu kolejnego piwa, powędrowałem w stronę drugiej sceny, gdzie ponoć miały być pustki (?), ale zamiast tego był tłum ludzi... oczywiście Pustki też były tyle, że na scenie...
Zespół pokazał się z dobrej strony, rozruszawszy część publiki.
Co bardzo mnie zafrapowało to, to że jednak spora część ludzi w ogóle nie szalała, ba praktycznie w ogóle się nie ruszała, co pośrednio wskazywało na dwa zjawiska:
a)      przypadkowi ludzie,
b)      melomani, słuchający muzykę wnętrzem...
skłaniając się do tej drugiej opcji, czułem się jakoś podbudowany poziomem wyedukowania środowiska.
 
                T.Love kompletnie ominąłem, gdyż jakoś ich potupajne granie nie przemawia nawet do moich butów, a co dopiero mówić o ośrodku w mózgu odpowiedzialnym za analizę dźwięku.
Tak, więc zwątpiwszy w ich alternatywność udałem się w stronę kultowego już ‘beer stage’ celem napełnienia kiesy sponsora i ucięcia sobie miłych, kształcących pogaduszek ze znajomymi i przygodnie spotkanymi jednorazowymi przyjaciółmi.
 
              Gdy na scenę wchodził Lech Janerka, a w zasadzie już na niej był, ale właśnie zaczynał grać, kończyłem piwo i wolnym krokiem zgodnym z festiwalowym zegarem, gdzie czas płynie wolno, a minuty mijają błogo, udałem się w stronę małej sceny majestatycznie umieszczonej w z rzadka porośniętym topolami lesie.
            Generalnie nie przepadam za twórczością Pana Janerki, ale nie mogłem nie zwrócić uwagi na specyficzny tembr jego głosu. Mocny, donośny i intrygujący zarazem. Ponadto pochwała za poetycko zawoalowane queer’owe teksty.
            Po zakończonym, gromkimi oklaskami, koncercie cała masa ludzi udała się (jak to bywało, co godzinę) w stronę drugiej sceny, gdzie przygotowani już do swojego występu austriaccy muzycy znani jako Sofa Surfers, szykowali iście misterną mieszankę.
Z początku ich granie przypominało garażowe rzępolenie przy pustej butelce whisky, niemniej miało to w sobie pewien posmak goryczki a dokładniej mówiąc surowość brzmień i obskurność dźwięków.
W trakcie występu ich muzyka zaczynała ewoluować bardziej w stronę mocnego elektroniczno-gitarowego ‘naparzania’ by swój punkt kulminacyjny osiągnąć na kilkanaście minut przed końcem live’u. Z momentu na moment, z nuty na nutę, chłopcy zaczynali grać coraz mocniej i mocniej, i gdy już się wydawało, że osiągnęli maksymalne stadium targanego noise’u okazywało się, że w zanadrzu mają jeszcze kilka asów.
            Po zakończeniu, gdy nastała cisza, słychać było liczne, nostalgiczne wołania, coś w stylu „we want more”, ale niestety jak to bywa na festiwalach – bisu nie ma...
Odchodząc spod sceny z zamiarem przegryzienia czegoś niezdrowego, w tłumie, usłyszałem komentarz świetnie obrazujący ten występ – „...gdy już zdawało mi się, że mocniej być nie może, oni zaskakiwali mnie czymś jeszcze mocniejszym... coś fenomenalnego”.
Zgadzam się! Sofa Surfers dali rade.
 
Jedząc kolejne piwo, oczekiwaliśmy z grupą znajomych na White Birch grupę, którą można określić jako przestrzenne przygrywanie do wpatrywana się w niebo.
Jeszcze na długo przed ich występem znajomi polecali mi zaopatrzyć się w koc. Nieco mnie to zdziwiło, ale wszystko się wyjaśniło podczas trwania ich występu, który mimo chodem nieomal przegapiliśmy, gdyż mimo niewielkiej odległości dzielącej drugą scenę od ‘beer stage’, praktycznie nic ich nie było słychać.
Wszystką winę ponosi tu wiatr, który z lekkością rozwiewał delikatne, przestrzenie ambientowe granie owej grupy.
Bardzo podobały mi się reakcje publiczności, która przez kilka minut trwania poszczególnych utworów nie mówiła nic, stała w ciszy i skupieniu wsłuchując się w pieśń niosącą w sobie przesłanie emocji, ciszy i melodii.
Tę bezprecedensową ciszę przerywały jedynie gromkie oklaski, aplauz i okrzyki zachwytu po każdorazowo zakończonym utworze.
            Nieco zły na siebie i całą tę organizację (którą niemal na każdym kroku wychwalałem) porzuciłem melancholijne granie ciszą White Birch i udałem się w stronę sceny głównej by znaleźć dobre miejsce zanim exodus freak’ów zaleje parkowe pola.
            Wyczekując na, mówiąc kolokwialnie, gwiazdę wieczoru, uciąłem sobie pogawędki ze zgromadzonymi tam ludźmi, bynajmniej celem poznania ich czy pozyskania opinii na temat konkretnego artysty, lecz celem zorientowania się w klimacie środowiska.
Wymieniwszy kilka uwag na temat make up’u, apaszek i innych tego typu nieodzownych atrybutów off fashion, zwróciłem się twarzą w stronę sceny, gdyż me uszy doszły niepokojące dźwięki podkładu z „The Alternative”, a oczy ujrzały czas - kilka minut po dwudziestej trzeciej....
 
Tak dokładnie, kilka minut po 23ciej na scenie pojawiła się długo wyczekiwana grupa IAMX Chrisa Corner’a, persony, której nie trzeba przedstawiać fanom grupy Sneaker Pimps oraz rockowo-elektronicznych brzmień z UK.
            Występ rozpoczęli mocnym akcentem, grając tytułowy wałek z najnowszego materiału „The Alternative” wydanego w tym roku, również nakładem polskiego labela Vision Music.
Kawał topornego electro z rockowym brzmieniem wprawił zgromadzonych tłumnie ludzi w osłupienie, a wiernych fanów doprowadził do szału, czemu dali wyraz głośnymi krzykami.
            Grupa zagrała bodajże wszystkie utwory z promowanego albumu, między innymi „The Negative Sex” czy „Nightife” oraz oczywiście pierwszy na krążku (i will be) „President”, który naprawdę wielu osobom przypadł do gustu.
Kolejne utwory jak np. „Bring Me Back a Dog” czy „Split It Out” doprowadzały publikę do ostateczności, szczytu, istnego apogeum.
W repertuarze znalazł się także tytułowy utwór z poprzedniej i zarazem pierwszej płyty IAMX „Kiss & Swallow”, która zrobiła olbrzymią furorę.
Niemniej wielu zapewne było nieco zawiedzionych, że nie znalazł się wśród nich  „Heatwave”, choć inni jednocześnie uznali, że to nawet dobrze, bo obawiali się zarówno jego i skutków, jakie może za sobą przynieść.
Nieco przykrości mógł również sprawić fakt, że wszystkie utwory były grane w niemal nie zmienionych wersjach albumowych... brakowało, choć niewielkiej wirtuozi i szczypty inwencji. Ale niestety zespół był technicznie ograniczony, gdyż nie wystąpił w pełnym składzie... szkoda.
Cały ich występ oscylował w granicach szaleństwa i ułudy; Chris w amoku skacząc po scenie non stop wprowadzał ludzi w trans niszcząc przy okazji cały sprzęt na swojej drodze. Krzykom nie było końca, istny narkotyczny szał zarówno przed, jak i na scenie.
Na to wszystko, pewnej mgły okultyzmu naniosła Jessica odziana w białą szatę, wyglądała niczym mityczna rusałka. Swym powabem i intrygującym głosem dodawała nutki tajemniczości i przyprawiała o zimne dreszcze. Trudno było oderwać od niej wzrok, nie tylko, dlatego że była urodziwa, ale przede wszystkim, dlatego że przez cały występ snuła się po scenie niczym duch topielca odprawiającego rytualne tańce.
   Najbardziej chyba przejmujące we wszystkim było zachowanie publiczności, która w znakomitej większości słyszała IAMX pierwszy raz. Ich zainteresowanie, wsłuchanie się i wyciszenie było niezwykle zaskakujące. Ale nie dajcie się zwieść... kiedy trzeba było, szaleli jak nigdy.
            Sam Corner znalazł świetny kontakt z publicznością, co chwila rozmawiał z ludźmi bądź się z nimi drażnił. Na koniec swojego występu zaprosił grupkę fanów na scenę by towarzyszyła mu podczas ostatniego utworu, wcześniej natomiast podzielił się winem z jedną z osób stojących nieopodal sceny.
Na tę chwilę wydaje mi się, a raczej jestem pewny, że po tym występie Chris Coroner jako IAMX ma otwartą drogę na polską scenę.
Cały ten performance w jednym dobitnym zdaniu skwitowała, po skończonym występie, pewna dziewczyna zwracając się do swojego chłopaka słowami: „Zostań moim Chrisem Cornerem”... po prostu nic dodać, nic ująć.
             Kończąc chciałbym dorzucić, że występ IAMX poprzedził swoim niespodziewanym wyjściem Jurek Owsiak z towarzyszącym mu Arturem.
Obaj podziękowali za przybycie i wsparcie inicjatywy zarówno tej jak i wielu innych, czym zaskarbili sobie serca zgromadzonych, a na cześć festiwalu odśpiewano tradycyjne „Sto lat”.
Teraz już chyba nikt nie wątpi, że OFF Festival na stałe zagości w ramówce wydarzeń muzycznych sierpnia i całego lata zarazem.
Moim zdaniem obok Slot Art Festival oraz Astigmatic, OFF będzie kolejnym ambitnym przedsięwzięciem z pogranicza muzyki alternatywnej, które nie kopiując udanych już projektów, znalazło swoją unikalną formułę i odniosło sukces.
 
 
A na sam koniec przytoczę słowa chłopca z plasteliny:
Lato kończy się, kasztany gniją, pada śnieg...” , ale nie martwcie się, po nich nastąpi kolejne lato i następny Festival snoOFF.
 
Wszystkim tym, którzy byli tego roku na festiwalu dziękujemy za stworzenie niezwykłej atmosfery i do zobaczenia za rok :) w trzeci weekend sierpnia.
Natomiast fanom elektronicznych brzmień, którzy w tym roku się nie skusili, szczerze polecamy wybrać się za rok!
 
 

Paweł




Chcę otrzymywać informacje imprezowe mailem:

Newsy




12-12-2009, sobota - John B on D'n'B Legends
Zanzibar, Chorzów

18-09-2009, piątek - Wake up BB
Piwnica Zamkowa, Bielsko Biała

21-08-2009, piątek - Otwarcie Klubu Nieformalnie
Nieformalnie, Jaworzno

26-06-2009, piątek - Sizeer Party - adidas Vespa
Electric Cafe, Jaworzno

22-05-2009, piątek - Przeplataniec – urodziny Electric Cafe / dzień I
Electric Cafe, Jaworzno


Katalog stron SeansWeb
e-Katalog stron wwwVictoria Day Spa GliwiceMarta Wiola Makijażystka Katowice

O nas - FAQ - Polityka prywatności - Mapa strony
© Copyright by Clubbing.Slask.pl 2005. Wszelkie prawa zastrzeżone.

_LINK_