Login:

Has�o:

Rejestruj
Clubbing, muzyka klubowa
Imprezy Kluby DJ Galeria, Fotki Recenzje Forum muzyczne Katalog Stron

Wywiad z Autechre

Dla NowejMuzyki

rozmawia: Maciek Kaczmarski

 

Jeżeli wiadomość o koncercie Autechre w Polsce wstrząsnęła mną, to co powiedzieć o propozycji wywiadu z Seanem Boothem i Robem Brownem? W pierwszym odruchu pomyślałem, że to zadanie może mnie przerosnąć – po pierwsze mam osobisty stosunek do muzyki duetu, stanowi ona szalenie ważny fundament mojej muzycznej edukacji (w czym zresztą nie jestem odosobniony); po drugie utarło się, że Autechre wykazuje niechętny stosunek do wywiadów i prasy w ogóle. Na szczęście okazało się to przebrzmiałym mitem. Booth i Brown to bardzo rozmowni ludzie: zanim włączyłem dyktafon, rozmawialiśmy ponad dwa kwadranse o śląskim krajobrazie, wnętrzu Galerii Szyb Wilson i ogólnych wrażeniach z pobytu w Polsce, natomiast po zakończeniu oficjalnej rozmowy dialog w dalszym ciągu się toczył, bardzo płynnie zresztą, tyle że na tematy wyjątkowo nieoficjalne. Może zadziałała tu żubrówka, może dobry humor duetu, a może jeszcze coś innego – w każdym razie panowie rozgadali się w najlepsze.

Wielkie dzięki dla jmana, Ani Kopaniarz i całej załogi GSW/Electro w Katowicach za umożliwienie tej rozmowy, sprawną organizację i świetną atmosferę.

 

 

Maciek Kaczmarski (MK): Po pierwsze, dzięki za zgodę na wywiad. Od premiery waszej ostatniej płyty minęły trzy lata. Co robiliście w tym czasie?
 
Sean Booth (SB): Mnóstwo rzeczy. Przeprowadziłem się do Manchasteru i około roku zajęło mi osiedlanie się, powrót do normalności i poważnego komponowania. W międzyczasie sporo koncertowaliśmy i kiedyś zaczęliśmy przygotowywać w studio materiał do grania na żywo, nie do końca wiedząc co się z nim stanie, jak będzie brzmiał. Chcieliśmy mieć wiele wersji utworów, więc stworzyliśmy ich naprawdę dużo. Wersje stopniowo zamieniały się w remiksy, remiksy zamieniały się w nowe kawałki – pracowaliśmy w ten sposób mniej więcej przez rok, a następne pół roku spędziliśmy na ostatecznej obróbce materiału. Wysłaliśmy go do Warpa około sierpnia zeszłego roku. Tak w skrócie wyglądało to, co robiliśmy, oczywiście nie licząc występów na żywo, o czym wie każdy.
 
Rob Brown (RB): Między dwoma ostatnimi albumami minął trzyletni okres. Po wydaniu „Untitled” na dłuższy czas zawiesiliśmy aktywność, dając nieliczne pojedyncze występy. Tak więc ilość czasu, którą mogliśmy spędzić w studio ze sprzętem i całym oprogramowaniem była nieproporocjonalna do ilości pracy, jaką mogliśmy wykonać otwierając po prostu nasze archiwa i wykorzystując live acty. Musieliśmy jednak zrezygnować z tej drogi, pozbyć się wszelkich gotowych setów i nagrać nowy, tworząc coś, czego wcześniej nie mieliśmy.
 
SB: Tak, przez ostatni rok w dużej mierze kasowaliśmy to, co nagraliśmy wcześniej, robiąc wszystko od nowa i próbując zarejestrować możliwie najwięcej wersji. Nie martwiąc się, czy będą dobre, czy nie, myśląc po prostu: „Pieprzyć to!”. Mam na myśli to, że jeśli spieprzyliśmy coś podczas nagrywania, nie było z tym problemu – błąd usuwaliśmy później i w ten sposób ciągle poruszaliśmy się do przodu. Mieliśmy mnóstwo materiału, który podczas edycji został rozłożony na poszczególne fragmenty. Wybraliśmy około trzydzieści poszczególnych kawałków, które chcieliśmy dokończyć, po czym trwającą od 30 do 60 minut wersję skracaliśmy do 10-15 minut. Te z kolei edytowaliśmy do poziomu 2-4 minut, tak więc stopniowo otrzymywaliśmy krótsze wersje jednego utworu, do momentu w którym docieraliśmy do właściwego czasu trwania. Cały proces obróbki przypominał tworzenie albumu, posiadał ten specyficzny flow, który jest dla nas bardzo ważny. No i tak to było, tak wyglądały te trzy lata.
 
MK: “Quaristice” wydaje się różnić od waszych poprzednich płyt pod względem struktury i zasięgu pomysłów. O ile wcześniejsze albumy przypominają niekończące się powieści, ten jest jak zbiór opowiadań, które rozwijają się jak motywy w suicie muzycznej. Co wy na to?
 
SB: Tak, to brzmi adekwatnie.
 
RB: Nie powiedziałbym, że aż tak bardzo różni się od tego, co robiliśmy w przeszłości…
 
SB: (przerywając) Wydaje mi się, że jest na nim wiecej kawałków. (śmiech)
 
RB: Tak, myślę że na “Quaristice” zachodzi bardziej wyrazisty podział na strefy, w tym sensie, że jeden kawałek wyraźnie się kończy, a drugi wyraźnie zaczyna. W przeszłości nasza muzyka ewoluowała w stronę np. trzech różnych rozdziałów w obrębie jednego utworu, jeśli można tak powiedzieć. W tym wypadku mieliśmy tak wielką ilość materiału, że musieliśmy ociosać go do bardziej dyskretnego poziomu.
 
SB: Są też dłuższe wersje tych utworów. Tak jak mówiłem, oprócz dłuższych wersji mamy też sporo kawałków, które prawdopodobnie kiedyś opublikujemy. Część z nich trafiła na specjalną edycję CD, ale mamy ich więcej. Mam na myśli specjalne wydanie „Quaristice”.
 
MK: Które jest już wyprzedane.
 
SB: Zgadza się, poszło naprawdę szybko. Ale mamy też mnóstwo różnych wersji. Ten album jest dziwny. Mieliśmy tyle materialu i chcieliśmy stworzyć płytę, która będzie długa i zawrze w sobie wiele różnych pomysłów. Mieliśmy sto pomysłów na minutę. To było takie wciągające! Dysponowaliśmy też czasem, by w pełni zgłębić muzykę w studio. Mieliśmy tyle opcji… Wiesz, album mógł być dłuższy. Utwory mogły być dłuższe, ale jesteśmy też nieco ograniczeni do formatu CD. Ale to i tak długa płyta.
 
RB: Tak, ktoś nawet stwierdził, że jest za długa, bo trwa 75 czy 76 minut.
 
SB: No tak, jest wyjątkowo długa, ale myślę, że to dobrze. Mi się podoba. Ma swoje tempo i swoją strukturę. Lubię ją o wiele bardziej niż nasz ostatni album.
 
MK: Czy ciężko jest skończyć zabawę z utworem i nadać mu ostateczny kształt?
 
SB: Nie, to się po prostu wie. Wiesz, to jak z pisaniem. Jestem pewien, że wiesz, kiedy skończyć akapit, wiesz czy wymaga poprawy, czy wszystko jest w porządku. Działa? Tak, jak najbardziej, więc idziemy dalej.
 
RB: Tym razem było nieco inaczej. Jeżeli masz pomysł i nagle stwierdzasz, że nie do końca wypełnił on twoją wizję utworu, pozostaje on niedokończony. Ale tym razem zamysł był typu „Chwileczkę, zrobię to inaczej, dodam to, odejmę tamto, zrobię wersję dwunastominutową zamiast jednominutowej”, wiesz, rozwijanie wszystkich tych bogatych pomysłów w rozmaitych kierunkach. Taka idea nie przyświecała nam podczas nagrywania poprzednich albumów, które powiedzmy „ewoluowały”, utwory po prostu rozrastały się od jednego do drugiego, abyśmy mogli osiągnąć określoną satysfakcję z nowopowstałego kawałka. To było podejście, w którym mieliśmy zamierzone intencje odnośnie muzyki, w przeciwieństwie do idei, według której robisz utwór nigdy nie będąc pewnym, czy ostatecznie trafi na album. Utwór, który uderza cię swoim pomysłem i nagle znika. Uważam, że to całkiem pobudzające.
 
SB: Słucham “Quaristice” i w ostatnich tygodniach ten album przypomina mi coś na kształt snu, w którym jedna rzecz prowadzi do następnej, jeden pokój do zupełnie innego pomieszczenia. Przejście wydaje ci się naturalne, ale oczywiście nie jest, bo nagle znajdujesz się zupełnie gdzie indziej. Mam takie poczucie od jakiegoś czasu i niejako przekłada się ono na ten album. Nie trzeba go słuchać „seryjnie”, w takim sensie, że nie musisz koniecznie pamiętać poprzedniego kawałka i odnosić go do następnego. To chyba jedyna nasza płyta, która ma taki charakter. Myślę, że na poprzednich po prostu zatracałeś się w utworach.
 
RB: Bo było ich mniej i były dłuższe. (śmiech)
 
SB: No właśnie, natomiast ten longplay funkcjonuje jako jeden wielki kawałek, w którym jedna partia poprzedza następną. Myślę, że „Quaristice” działa lepiej jako całość niż jako indywidualne fragmenty.
 
MK: Może stąd moje wrażenie całości, suity.
 
SB: Zgadzam się z tym. Był taki moment, kiedy rozważaliśmy wydanie płyty z jednym długim utworem, ale to by było trochę, no wiesz, faszystowskie. (śmiech) No i trudne do przebrnięcia, więc daliśmy sobie z tym spokój.
 
MK: Wasz dziewiąty krążek zbiega się z piętnastym rokiem działalności Autechre. Jakie to uczucie, być w grze już drugą dekadę?
 
SB: Właściwie takie same jak zawsze. Wiesz, to tak jak gdy patrzysz w lustro, zawsze widzisz tą samą osobę, tyle że nieco zmienioną. Począwszy od roku 1993 nasza muzyka zmieniła się, ale uczucia z nią związane pozostają mniej więcej podobne. Trudno o tym mówić, bo choć minęło wystarczająco dużo czasu, by zrewidować muzykę, którą tworzyliśmy na początku, mam do niej zbyt duży dystans.
 
MK: Pamiętam wasze słowa dotyczące “Incunabuli” i “Amber”. Zdaje się, że powiedzieliście, iż były kiepskie.
 
SB: Nie, nie kiepskie. Z producenckiego punktu widzenia są trochę naiwne, ponieważ uważam, że mogły zostać zrobione nieco inaczej, nawet jeżeli wówczas uważałem, że idziemy mocno do przodu. Teraz po prostu więcej wiem. Wiem, że mogliśmy zrobić je trochę lepiej, ale wiem to tylko z dzisiejszego punktu widzenia. Ówczesny „ja” pewnie wdałby się w bójkę z dzisiejszym „ja”, kłócilibyśmy się o koncepcje. (śmiech)
 
RB: Myślę, że te 15 lat pokazało niesamowity kontrast między naszymi początkami, gdy nie było niemal żadnej reakcji na to, co robimy. Teraz reakcji wydaje się być mnóstwo, płyną z wielu pozytywnych kierunków. To trochę dziwne.
 
SB: Mam dość osobliwy stosunek do “Incunabuli”. Gdy wysłaliśmy ją do Warpa, była to spora kolekcja różnych kawałków, starych i bardzo zróżnicowanych. Ludzie z wytwórni wybrali kilka z naprawdę wielu i powiedzieli: „Dobra, te trafią na płytę”, ustalili też kolejność utworów. To był chyba bardziej ich album niż nasz, po prostu taka kompilacja, która stała się debiutem. Kiedy przystąpiliśmy do pracy nad „Amber”, byliśmy odpowiedzialni za wszystko, miała to być nasza pierwsza porządnie przemyślana płyta. Kiedy skończyliśmy i przekazaliśmy materiał do Warpa, powiedzieliśmy im: „Proszę bardzo” i to było właściwe, rozumiesz? Do „Incunabuli” zawsze mieliśmy pewien dystans, ale nie określałbym jej jako kiepskiej. „Amber” jest znacznym postępem w stosunku do „Incunabuli”, w pewnym określonym kierunku – delikatnym i jednocześnie bardzo wyrazistym.
 
RB: „Amber” był zdecydowanym postępem. W dziwny sposób, ponieważ „Incunabula” rzeczywiście była retrospektywnym zbiorem dość starego materiału. Warp miał to wydać i było bardzo prawdopodobne, że wydadzą też następny album. Tym albumem miał być właśnie „Amber”, wiedzieliśmy że prędzej czy później nagramy kolejny krążek, bo byliśmy bardzo płodni. „Incunabula” stanowiła rodzaj połączenia z Warpem, coś w rodzaju „Ojej, mamy te wszystkie pomysły na muzykę i ktoś odczuwa to podobnie, jak my”.
 
SB: Mieliśmy piracką stację radiową w Manchesterze, w której puszczaliśmy głównie belgijskie techno i happy hardcore. Ale nasza muzyka zaczęła być coraz bardziej elektroniczna, bardziej rave’owa. To był dziwny okres. Pracowaliśmy przez dwa lata i to było coś w rodzaju przejścia. Tym właśnie jest „Amber”, przekroczeniem pewnego punktu. To był naprawdę dziwny okres.
 
RB: Właśnie, w przypadku “Amber” wiedzieliśmy, że do ludzi dotrze coś, co stworzyliśmy od początku do końca z jednym zamysłem, podczas gdy niektóre kawałki z „Incunabuli” powstały w tym samym czasie, co pomysły na utwory rave’owe czy hardcorowe.
 
SB: Po tym było nam łatwiej. Praca nad „Incunabulą” była bardziej stresująca, ponieważ nie mieliśmy pełnej kontroli nad całością, a ludzie z Warpa mieli pełno pomysłów jaka powinna być kolejność utworów i tym podobne. „Amber” to było już coś innego. Myślę, że label zdał sobie sprawę, że lepiej zostawić wszystko w naszych rękach. Wiesz, do „Tri Repetae” nie mieliśmy nawet pełnoprawnej umowy. Technicznie „Amber” jest naszym pierwszym kontraktowym albumem. „Incunabula” wyszła tylko na licencji.
 
MK: Musieliście doświadczyć nie lada trudności w opisywaniu swojej muzyki. Osobiście powiedziałbym, że to dźwiękowy odpowiednik kubizmu w rzeźbie, albo coś zupełnie nieopisywalnego. Jak sobie z tym radzicie?
 
RB: To zależy od rozmówcy, ale zwykle jest to bardzo skomplikowane już u samych podstaw, zwłaszcza jeśli rozmawiasz z kimś, kto nigdy nie słyszał o scenie IDM, elektronice czy jakiegokolwiek terminu obecnie się używa. Nie wiem, najczęściej opisuję naszą muzykę jako w przeważającej części elektroniczną, składającą się z dźwięków typowych dla elektroniki. Czasami bardzo emocjonalną, w dużej mierze opartą na patentach hip-hopowych. Jest w niej też sporo osobowości, jeśli wiesz co mam na myśli.
 
SB: Mnie jest bardzo trudno ją opisać, nie chcę nawet o niej myśleć w takich kategoriach. Opieram się przed wszelkimi próbami. Kiedy na przykład ktoś, kogo nigdy wcześniej nie spotkałem, pyta jaką muzykę robię, odpowiadam krótko: „techno”, bo myślę, że zrozumie. Poza tym jest to niezły sposób na zakończenie tematu. Nie potrzebuję tego, nie wiem nawet czego potrzebować. I cieszę się, że nie wiem.
 
MK: Może dlatego niezmiernie rzadko natrafiam na recenzję waszej płyty, która byłaby naprawdę trafna.
 
SB: Pewnie tak. Bez użycia pewnych oklepanych sentencji jest to niezmiernie trudne.
 
MK: Więc mówicie, że najlepszą recenzję tworzyłyby trzy proste słowa: „Po prostu posłuchaj”?
 
SB: Coś w tym rodzaju. Chciałbym, żeby ludzie mogli szybko zrecenzować naszą muzykę we własnych głowach, a potem stanęłyby im mózgi. (śmiech)
 
RB (ironicznie): „Acha, dobrze! Trzy gwiazdki, zrecenzujmy coś jeszcze” (śmiech). Jezu, gwiazdki są straszne. Metakrytyka.
 
MK: Zgadzam się. Na szczęście nie muszę ich używać. Powróćmy jeszcze na chwilę do “Quaristice”. Dlaczego faktycznym produktem są pliki FLAC, a nie CD?
 
SB: Rzeczywiście, to chyba nasza pierwsza płyta, o której powiedziałbym, że wersja FLAC jest właściwym produktem, a kompakt stanowi tylko jego fizyczne wydanie. Tak naprawdę nie przepadam za płytami CD. Jestem pewien, że w przyszłości produkcja kompaktów nie będzie miała sensu i po prostu się skończy. Taniej będzie ściągnąć płytę niż ją kupić. Jeżeli chodzi o wysokiej jakości wydruki w postaci okładek, wkładki… to akurat lubię. Jako dzieciak sam kupowałem płyty, szedłem do domu, słuchałem ich i siedziałem, przeglądając wkładki. Ale w tym samym czasie miałem dziesiątki różnych taśm, które pożyczałem od przyjaciół i które uwielbiałem równie mocno. Te kasety nie miały żadnej oprawy graficznej, oczywiście bardzo chciałem posiadać oryginały, ale nie mogłem ich zdobyć. Nie umniejszało to jednak wartości muzyki. Moim zdaniem, jeśli ktoś w ten sam sposób zdobywa plik komputerowy, jeżeli muzyka w istocie opuszcza wytwórnię – tyle, że jako plik, a nie w postaci CD – no to wiesz… robota skończona, muzyka poszła w eter. Artwork zawsze był dla mnie kwestią drugorzędną. Nie zajmujemy się grafiką, tylko muzyką. Jestem zadowolony, jeśli masz plik, nieważne czy będziesz go słuchał w domu czy w mieście na iPodzie.
 
MK: Zakładam więc, że wasz pogląd na wymianę plików jest raczej pozytywny?
 
SB: Nie mam nic przeciwko. To będzie oczywiście nielegalna wymiana plików, ale prawda jest taka, że nie wszyscy mają pieniądze. Nie możemy powstrzymać tych ludzi przed muzyką, nie możemy zmusić ich do niesłuchania. Są też tacy, którzy są gotowi płacić za naszą twórczość, więc tak długo, jak możemy z tego wyżyć… Tak naprawdę nie ma znaczenia czy wydajemy płytę, czy gramy na żywo, dopóty zarabiamy tym na chleb. A koncerty nie są przecież tylko dla nas, są dla wszystkich – wiesz, uczestnictwo w społecznej sieci, przesuwanie muzyki na bardziej społeczny obszar. Dla nas występy na żywo są ważniejsze niż, powiedzmy, 10 lat temu. Właściwie wiele osób, również młodych, zainteresowało się nami dzięki trasom. Moglibyśmy przetrwać tylko dzięki koncertowaniu, nie musimy już nic wydawać i równie dobrze możemy zapomnieć o całej kwestii file sharingu. Oczywiście wolałbym, żeby ludzie cenili naszą pracę, nawet gdyby oznaczało to mniejszą frekwencję na koncertach, ponieważ jest coś przyjemnego w świadomości, że ktoś płaci ci za twoją pracę. Ale na dłuższą metę nie jest to niezbędne do przetrwania.
 
RB: Myślę, że nawet jeśli skupilibyśmy się głównie na koncertach, nadal wydawalibyśmy płyty, bo jednak czym innym jest słuchanie tej muzyki w domu, a czym innym na żywo.
 
SB: To właśnie lubię najbardziej, komponowanie w studio, proces tworzenia. Tak więc nawet jeśli nie byłoby możliwości wydawania i zarabiania na tym, nadal siedzielibyśmy w studio, produkując kawałki. Wydawanie dla każdego, nawet dla samych siebie, ma sens. Ciekawe, że ostatnio przeważająca część płyt, które sprzedaliśmy, pochodzi ze sklepów internetowych i ta liczba ciągle rośnie. Nie trzeba używać ekstremalnych środków, by uchronić się przed nielegalnym ściąganiem. Myślę, że ludzie akceptują fakt, że chodzi o muzykę, a nie o fizyczny produkt. Jeśli naprawdę coś chcesz, ściągniesz to. Będę z tobą szczery: tak naprawdę chodzi głównie o wygodę. Nie o cenę, lecz o dostępność. Jeśli udostępnisz coś i będziesz za to pobierał opłaty, zanim stanie się to bezpłatne – nie robisz nic innego, jak sprzedajesz. Jest to, mówiąc dosłownie, przypadek konsumenta i jego podejścia w ocenie, czy też w wycenie produktu. Ale to się chyba zmienia. Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, uważam, że byłoby lepiej gdyby nie było CD i gdyby wszyscy po prostu ściągali muzykę, wykorzystując zdecydowanie mniejszą ilość energii. W ten sposób zapobiegłoby się też wydawaniu wielu gówien. Artyści mogliby zarabiać na sprzedaży internetowej zamiast martwić się o pieprzoną płytę CD. W ten sposób nie musieliby się aż tak bardzo promować i wykorzystać ten czas na koncertowanie czy nagrywanie. To oczywiste, że taki sposób byłby lepszy.
 
MK: Wasze dzieła zainspirowały całe pokolenie artystów. Jakie to uczucie, wiedzieć że wywarło się taki wpływ na kształtowanie innych?
 
SB: Chyba przyjemne. To mi schlebia, zresztą trudno nie czuć się mile połechtanym taką świadomością.
 
RB: To niesamowite, że minęło już tyle czasu, od kiedy zaczęliśmy. Robimy muzykę już drugie czy trzecie pokolenie. Wpływ na innych... Nadal dość ciężko to zmierzyć. Dla mnie zawsze było to bardzo osobiste, dowiedzieć się, że jest dużo ludzi, którzy rozumują w podobny sposób. To bardzo miłe. Nie powiedziałbym, że mi to schlebia, ale cieszę się, że to po prostu działa dla pewnych ludzi w różnych miejscach świata, to co stworzyliśmy na własnym podwórku. Zabawne, bo wracamy do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, o naszych początkach. Sporo dzieciaków robiło muzykę w tamtych czasach, tyle że większość z nich nie dotrwała do etapu pojawienia się w studio, czy to radiowym, czy nagraniowym.
 
SB: Dokładnie. Nie byliśmy jedynymi ludźmi produkującymi elektronikę we własnych sypialniach. Była cała masa ludzi, którzy się tym zajmowali, nam po prostu zajęło trochę czasu, by nasza muzyka stała się czymś konkretnym. A kiedy tak się w końcu stało, całkowicie ją odrzucono, bo każdy robił własne rzeczy i chciał się wybić. Myślę, że wtedy było łatwiej. Teraz, jeżeli chcesz wypłynąć na robieniu elektroniki, przygotuj się na koszmar.
 
RB: Scena jest już jakby ustanowiona, prawda? Dziwna sytuacja.
 
SB: Czasem jest to kwestia wyczucia czasu. Byliśmy po prostu we właściwym miejscu o właściwej porze. Sądzę, że gdybyśmy pojawili się dzisiaj, byłoby o wiele ciężej, nawet gdybyśmy byli absolutnymi pionierami. Wydaje mi się, że dostępność technologii była jednym z powodów, dla których ta muzyka była tak wszechobecna gdy zaczynaliśmy. Wtedy scena techno była naprawdę ogromna. Sprzęt był na tyle tani, że ludzie mogli nagrywać w domu. Kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy poczucia, że różnimy się od tych wszystkich ludzi, którzy nas poprzedzali, a przecież były to całe dzięsięciolecia producentów. Dopiero teraz, gdy ludzie patrzą wstecz, widzą naszą muzykę jako swoistą „księgę rodzaju”, punkt wyjścia. Wiesz, minęło 15 lat, a ona nadal zdaje się wywierać spory wpływ. Ale my nie postrzegamy tego w ten sposób. Moim zdaniem jesteśmy po prostu małą częścią ogromnego rodu muzyków elektronicznych. To właśnie ten ród jest inspirujący, a my się na niego załapaliśmy. Nie byliśmy pierwsi. Jeśli ktoś był, to prawdopodobnie Kraftwerk.
 
MK: Ale to wie każdy.
 
SB: No tak, ale było też wczesne Human League i oni też mocno wpłynęli na Kraftwerk. Słyszałeś Kraftwerk przed płytą „Computer World”?
 
MK: Pewnie.
 
SB: W takim razie wiesz, że byli raczej sztywni. I nagle pojawia się Human League, którzy są zdecydowanie bardziej funkowi. Zaraz później wychodzi „Computer World” i jest to swobodny kraftwerkowy funk. To zresztą genialny album, jeden z najwspanialszych jakie kiedykolwiek stworzono. Każdy powinien dążyć do takiego standardu, do takiego poziomu. Chciałbym, żeby każda płyta była tak starannie przemyślana i wyprodukowana. To byli niebywali producenci.
 
MK: Trudno się z tym nie zgodzić. Wróćmy jednak do występów na żywo. Dlaczego gracie w ciemnościach?
 
SB: To sprawia, że dźwięk staje się bardziej intensywny. Dźwięk staję się wszystkim, co postrzegasz. Im bardziej możemy się do tego zbliżyć, tym szczęśliwsi jesteśmy, bo my po prostu tworzymy dźwięki. Lubię ciemne miejsca, w których leci muzyka. To przenosi cię w zupełnie inne miejsce, muzyka staje się przestrzenią i otacza cię zewsząd.
 
MK: Znam to uczucie.
 
SB: W występach na żywo nie chodzi o światło i scenę. Zwykłem chodzić do klubów, w których panował całkowity mrok, w pomieszczeniu znajdowały się tylko głośniki. To było trochę podobne do tego miejsca, w którym obecnie przebywamy. Kiedy miałem 16 lat to były jedyne lokale, do których mogliśmy chodzić i zawsze były skąpane w ciemnościach. Kwas, czysty kwas. Godzina za godziną niczym na kwasie – ciągle zmieniający się dźwięk, który po czasie mogłeś niemalże zobaczyć.
 
RB: Bez świateł jest bardziej, powiedzmy, “filmowo”. W kinach jest ciemno i to stwarza pewien intymny nastrój. Na koncertach naturalnym jest, że ludzie stoją frontem do sceny, niezależnie od umiejscowienia głośników, tak jakby czegoś szukali. Chodzi o to, że jeśli damy im najmniejszą rzecz, która odciągnie ich od muzyki, to w naszym odczuciu cała idea grania na żywo zostanie zrujnowana. To już zupełnie inna twórczość.
 
SB: Wiesz, uważam po prostu że oglądanie nas, jak obsługujemy sprzęt, jest zdecydowanie mniej interesujące niż słuchanie naszej muzyki. (śmiech)
 
MK: To bardzo skromne z waszej strony.
 
SB: Chciałbym. (śmiech)
 
MK: Interesujecie się innymi formami sztuki?
 
SB: Oglądam mnóstwo filmów. Jestem wielkim fanem Tarkowskiego i Eisensteina. Lubię też niektóre filmy Francois Truffauta. I dużo science-fiction z lat 70., na którym się wychowałem. Również David Lynch, David Cronenberg.
 
MK: Kiedyś myślałem, że wasza muzyka pasowałaby do „Blade Runnera”.
 
RB: Vangelis jest lepszy, jest rewelacyjny.

SB: Bardzo byśmy chcieli zrobić soundtrack do filmu z takim budżetem. Ale kto dziś robi takie filmy? Czy w ciągu ostatnich 20 lat widziałeś film, który wygląda tak doskonale?
 
MK: Niewiele, a jeśli już – prawie wszystkie z nich garściami czerpią z “Blade Runnera”.
 
SB: O to mi właśnie chodzi. Sposób, w jaki Scott pokazał to wszystko… No dobra, jedyna rzecz, jaka mi teraz nie pasuje, to fakt, że scenografia ulic wygląda gorzej. W latach 80. wyglądała oczywiście lepiej. Ale wnętrza, budynek Tyrella, mieszkanie Deckarda – to jest wprost niesamowite. Perfekcyjne! „Alien” też jest bardzo dobrym filmem. Oczywiście ma bardzo naiwne momenty, ale i tak jest znakomity.
 
RB: To ironia, że wszystkie te filmy robiono w czasach VHS i taśmy filmowej, a teraz wszystko jest dostępne na DVD. Filmy stają się coraz czystsze pod względem wizualnym, chociażby „Alien”. A ja widziałem ten film na kasecie, jako dzieciak. Towarzyszyła temu jakaś tajemnica, a teraz kupujesz DVD i masz wymuskaną wersję filmu, na której widzisz niemal każdy element scenografii. To trochę smutne, ale „Blade Runner” nadal ma w sobie magię, której nie da się zważyć ani zmierzyć.
 
SB: O, „Inland Empire” jest zajebiście niesamowite.
 
MK: I zajebiście przerażające.
 
SB: I to jak! Również cholernie głębokie, pokręcone i trudne do rozgryzienia. Atmosfera jest po prostu niewiarygodna, ta pierwsza scena, w której kobieta rozmawia z mężczyzną… Mistrzostwo. Co najbardziej cenię u Lyncha, to jego zastosowanie spowolnień. Ujęcia w jego filmach są naprawdę powolne. Jak na standardy Hollywood jest to coś zupełnie wyjątkowego. Zresztą Lynch jest niezależnym reżyserem, a nie pieprzonym rzemieślnikiem z fabryki snów, zresztą w jego filmach widać, co wie o Hollywood i co sądzi o tym środowisku. To geniusz. Najlepsza rzecz to właśnie tempo jego filmów, użycie dźwięków, produkcja. Facet dysponuje powolnymi ujęciami i szybkimi ujęciami i dobrze wie jak dzięki nim kontrolować widza. To nie polega na tym, że zrozumiesz to, co oglądasz. Przyznam, że jest to ten poziom manipulacji, który niesie ze sobą pokaźną dawkę ambiwalencji. Ale nawet mimo tego, uczucie towarzyszące oglądaniu jego filmów jest cholernie dobre. Oglądasz, doznajesz tego uczucia i myślisz: „Mój Boże, przecież to jest kurewsko genialne!”. Nie wiesz, co to jest, nie wiesz dlaczego, myślisz po prostu: „Ja pierdolę!”. Tak, Lynch jest wielki i bardzo inspirujący.
 
MK: A co z książkami?
 
SB: Przez lata czytałem tylko Philipa K. Dicka, kojarzysz go?
 
MK: To mój ulubiony pisarz.
 
SB: To może nie jest najlepszy pisarz pod względem warsztatu, ale w niesamowity sposób potrafi sprawić, że fabuła wydaje ci się rzeczywista. Wszystkie dziwne rzeczy, które spotykają bohaterów jego książek wydają się szalenie prawdziwe.
 
RB: Tak jakby sposób jego myślenia był sposobem twojego myślenia. Jakby używał twoich oczu do patrzenia. Wydaje mi się, że jego książki są bardzo obrazowe.
 
SB: Uwielbiam pomysły Dicka. Jego opowiadania sa niewiarygodne, dosłownie w każdym z nich jest jakiś genialny pomysł. Może to trochę dziwne, ale co naprawdę cenię w jego twórczości, to sposób, w jaki każe bohaterom radzić sobie z tymi wszystkimi wydarzeniami, które ich spotykają. Bardzo ludzki, pełen ciepła sposób. Z pewnością jest to projekcja czasów i miejsca, w którym wówczas żył Dick, Kalifornii. To musiało być naprawdę dziwne uczucie, być otoczonym przez ten sztuczny świat, który skomercjalizował się w zupełnie plastikowy sposób. Dick na pewno czuł się przez to wyobcowany.
(...)
 
rozmawiał: Maciek Karczmarski
 
 

To jedynie fragment tego niezwykle ciekawego wywiadu. Cały tekst dostępny jest w serwisie nowamuzyka.pl.

Maciek Karczmarski




Chcę otrzymywać informacje imprezowe mailem:

Newsy




12-12-2009, sobota - John B on D'n'B Legends
Zanzibar, Chorzów

18-09-2009, piątek - Wake up BB
Piwnica Zamkowa, Bielsko Biała

21-08-2009, piątek - Otwarcie Klubu Nieformalnie
Nieformalnie, Jaworzno

26-06-2009, piątek - Sizeer Party - adidas Vespa
Electric Cafe, Jaworzno

22-05-2009, piątek - Przeplataniec – urodziny Electric Cafe / dzień I
Electric Cafe, Jaworzno


Katalog stron SeansWeb
e-Katalog stron wwwVictoria Day Spa GliwiceMarta Wiola Makijażystka Katowice

O nas - FAQ - Polityka prywatności - Mapa strony
© Copyright by Clubbing.Slask.pl 2005. Wszelkie prawa zastrzeżone.

_LINK_